Wujek Petru stał na korytarzu, niesiony na plecach, jakby postarzał się przez noc.
„Wspominał o was wszystkich” – powiedział cicho. „Pytał, czy przyjdziecie”.
„Jesteśmy tutaj” – powiedział ktoś. „Wszyscy”.
Wpuszczali nas pojedynczo. W pokoju panowała cisza. Była blada. Ale kiedy nas zobaczyła, uśmiechnęła się.
„Boże, ilu was jest…” wyszeptał. „Moje dzieci…”
Wtedy wiedziałem: zrobimy wszystko. Wszelkie pieniądze. Wszelkie drogi. Wszelkie nieprzespane noce. Po prostu, żeby żyć.
— Jeśli będzie trzeba, sprzedam samochód — powiedział Siergiej.
— A mieszkanie wystawię na zastaw — powiedziała Swietłana bardzo poważnie.
— Ona zrobiła dla nas więcej, niż ktokolwiek inny — powiedziałem powoli. — Teraz nasza kolej.
Wtedy wyszedł lekarz i wypowiedział zdanie, po którym na korytarzu zapadła cisza:
— Jest taka opcja. Ale to skomplikowane. I trzeba bardzo szybko podjąć decyzję.
„Który?” zapytał wujek Petru, zaciskając pięści.
— Potrzeba osoby o określonych parametrach. A szansa istnieje tylko wtedy, gdy ktoś bliski do niej pasuje.
Wszyscy zrobiliśmy krok naprzód. Bez słów. Bez wahania.
Potem nastąpiły analizy. Testy. Długie godziny oczekiwania. I to, co odkryliśmy, zszokowało nas.
Nasza trójka nie była tylko „spokrewniona” w głębi duszy. Pod względem medycznym byliśmy tak kompatybilni, jakbyśmy byli krewnymi. Szanse były nikłe. Ale to właśnie dało mu szansę.
Lekarz tylko wzruszył ramionami:
„Takie rzeczy zdarzają się rzadko. Bardzo rzadko”.
Operacja się odbyła. Trudna. Długa. Siedzieliśmy trzymając się za ręce jak dzieci.
Kiedy lekarz wyszedł i powiedział:
„On przeżyje”,
ktoś wybuchnął płaczem. Ktoś usiadł na podłodze. Ktoś zaczął dziękować Bogu.
Ciotka Maria przeżyła.
A kiedy trochę otrząsnął się, powiedział cicho:
„Widzisz… Zawsze wiedziałem. Nie jesteś z krwi. Ale sercem – jesteś mój. A serce, jak się zdaje, pamięta wszystko”.
